Bo jakoś mi przykro, że dziś wszystko takie digitalne. Można być z kims trzy lata a ledwo wiedzieć jaki ma charakter pisma. I nie mieć ani jednego (powtarzam: ANI JEDNEGO) zdjęcia wywołanego na papierze. Wszystko w mailu, w komórce, na Flickrze, na Picassie...Nawet kartek "kup chleb" już nie zostawiam, bo przecież można smsem.
Nigdy się mnie nie trzymały kalendarze, terminarze, adresarze i notatniki. Albo inaczej - mam kłopot z dochowaniem wierności jednemu. Rozmnażają mi się w postępie geometrycznym, mam ich milion milionów - jeden w funkcji kalendarza, inny na notatki i plan dnia/tygodnia/miesiąca, którego i tak się rzadko trzymam, inny na "sprawy do załatwienia", jeszcze inny do "porządkowania" duszy,jakieś wypisy z ksiażek i czasopim.
Matko, czego tu nie ma! Gdybym chciała panować nad wszystkimi w torbie nosiłabym mały skład makulatury. Od razu przyznam, nie panuję nad nimi. Te same numery telefonów mam zapisane w ośmiu wersjach w trzech kajetach, a potem i tak ich szukam przez wyszukiwarkę w mailu, bo pamiętam, że ktoś mi go elektronicznie przesłał. Wszędzie fruwają fiszki z jakimiś Koniecznie-Muszę-Do-Tego-Zajrzeć pozycjami bibliograficznymi, informacjami o premierze jakiejś płyty, ukazaniu się jakiejś książki.
Wszystko to poprzetykane starymi biletami lotniczymi, tramwajowymi, widokówkami, wizytówkami, wycinakmi z gazet, starymi listami,papierkami po cukierkach. Postmodernistyczny antykwariat.
Raz na jakiś czas zabieram się do ogarnięcia tego chaosu. Znjaduję jakieś przywołujące wspomnienia cuda, jakiś rachunek za kawę wypitą w październiku na Wyspie, jakiś bolesny sms przepisany na odwrocie biletu do kina "ku pamięci i przestrodze", jakąś zakładkę z nie mojej książki.
I nigdy nie wiem co wyrzucić.Wciąż się nie zdecydowałam, czy lubię mało rzeczy, czy też pracuję na swoje własne Muzeum Osobliwości i Wrażeń.
Bo jakoś mi przykro, że dziś wszystko takie digitalne. Można być z kims trzy lata a ledwo wiedzieć jaki ma charakter pisma. I nie mieć ani jednego (powtarzam: ANI JEDNEGO) zdjęcia wywołanego na papierze. Wszystko w mailu, w komórce, na Flickrze, na Picassie...Nawet kartek "kup chleb" już nie zostawiam, bo przecież można smsem.
Trzymam więc te moje śmieci, rozczulam się nad jakimiś fiszkami. I oficjalnie ogłaszam, że wracam do nawyku pisania listów i wysyłania kartek, tak jak wróciłam do szkolnej umiejętności robienia RĘCZNIE notatek z książek. Znów mi się pojawia ta długopisowa kulka na środkowym palcu, a zanikła była od obsługi laptopa!
Dla równowagi, pogniewałam się na ksero i od niedawna skanuję co się da, bo papierzyska naukowe żarłocznie zaczęły naruszać moją przestrzeń.
Dwa rysynki, które zrobiła mi Bob wylądowały w specjalnej kopercie w moim kajecie. Jednak co od ręki to od serca. I tak mi dopomóż Wieczne Pióro :)

.jpg)

.jpg)

