Wydaje mi się, że zafudnowałam wczoraj mojemu umysłowi iście międzynarodowy miks kulturowy. Nic dziwnego, że zgłupiał i wyśnił mi bzdury jakich świat nie widział (choć motyw z wytatuowanym krzaczkiem poziomki na kostce, napisem przeznaczenie po hebrajsku między łopatkami, oraz pomysł zapisania się na kurs flamenco i hiszpańskiego, by lepiej rozumieć Sefardów, znajduję jako doprawdy inspirujący...)
A. przywiozła mi z Polski dostawę książek, m.in biografię Coco Chanel i Marlene, reportaż Angeliki Kuźniak o Dietrich, który przeczytałam wczoraj rano czekając na jej, A., nie Marlene, cudowne przebudzenie.
Zatem pierwszy składnik miksu- (#1) Berlin i Niemcy w czasie II wojny. Jako, że A. spała dość długo, przez co nie mogłam wparować do okupowanej przez nią kuchni i zaparzyć ukochaną kawę po bośniacku, zajęłam się czytaniem materiałów na konferencję o sefardyjskich Żydach na Bałkanach (składnik # 2 Hiszpania i #3 Bośnia).
A. po kilku godzinach wreszcie wstała i przy upragnionej kawie uciełyśmy sobie pogawędkę o kulturowym i fiansowym rozszczepie Włoch na Północ i Południe (# 4), okraszając rozmowę przepisami na proste pasty (kapary i anchois!), oraz najświeższymi plotkami z życia Silvia Berlusconiego (podobno jest już tak naciągnięty, że lada moment pęknie - w salonach bukmacherskich przyjmują zakłady, gdzie najpierw popuszczą mu szwy: na czole czy brodzie; swoją drogą Dietrich przed koncertami wbijała sobie igły w skórę głowy, dla efektu naciągnięcia oplatała wokół nich pasemka włosów i całą tę bolesną konstrukcję przykrywała peruką...)
Potem spacer po Sarajewie: Marindvor (część Austro-Węgierska, spod palca czeskiego arhitekta), Bjelave (cześć żydowska) i Kovaci (część muzułmańska, osmańska powiedzmy..) [#5, #6, # 7], przy czym efekt działania składnkima siódmego wzmocniłyśmy skonsumowaniem ultrasłodkiej baklavy w starej tureckiej czajowni i zoastawieniem po ok. 50 marek w butiku pewnej pani, która projektuje i szyje nad Bosforem a żyje i sprzedaje nad Miljacką; w moim przypadku dwie - to chyba naprawdę nie dziwi - FIOLETOWE, tuniki..
Wieczór miałyśmy spędzić w ex-jugosłowiańskim Pubie Tito, tymczasem zaległyśmy przed telewizorem pijąc nalewkę z pigwy i oglądając koncert jakiegoś czarnogórkiego akordeonisty (#8 -Czarnogóra), przerywajac go na krótko słuchaniem macedońskiego (#9) jazuu i oglądaniem reportażu o Olimpiadzie w Sarajewie w 84 roku oraz amerykańskiego (#10) filmu Little Miss Sunshine. W międzyczasie, A. przykleiła się do najnowszej książki Tokarczuk,a ja oglądałam na Wszystkozawierającym serwisie You Tube, rosyjką (#10) dobranocję Cheburashka.. [..dzien rażdjenja, tolka raz w gaaaduuu..].
I nie..to nie koniec. Przed snem wciągnęłam pierwszy rozdział biografii Coco (na starość zdziwaczała zupełnie jak Marlene!) przenosząc się do Paryża (#11), na siódmie piętro hotelu Ritz..
Po tym wszystkim mogłam tylko zasnąć. Ale tego co mi się śniło nie wymyśliliby Borhes, Dostojewski, Pamuk i Hasek razem wzięci...
ps. Bob wraca z Rzymu..E - skandynawistka przylatuje do Sarajewa.
